Opowieść o złamanym nosie. (NOWA ZELANDIA)

Wyprawy na koniec świata nie planowałam.

Gdzie jest ten koniec świata? Pewnie nie każdy wie, że najdalej od Polski wysuniętym krajem na ziemi jest Nowa Zelandia. Dalej już nic nie ma No, może ocean.

Kraj w języku dawnych swoich mieszkańców Maorysów zwany był Aoteraroa czyli krajem długiej białej chmury. I takie długie chmury można tam zobaczyć za każdym razem jak się spojrzy w niebo.

Jak można nie zaplanować tak dalekiej podróży? -zapytacie. Wszyscy uczestnicy naszego road tripu latami śnili i marzyli o Nowej Zelandii, a ja tym razem znalazłam się w grupie zupełnie przypadkiem decydując się zająć ostatnie wolne miejsce na 4 dni przed wyprawą.

Czasem w życiu jest czas na tak zwany spontan. A może nic nie dzieje się przypadkiem?

Od pierwszych chwil jednak zakochałam się w NZ. Miałam wrażenie, że przyjechałam do krainy baśni. Jest to  kraj składający się głównie z dwóch wysp północnej i południowej (i kilku mniejszych). Wyspy te grzeszą dziewiczymi jeszcze miejscami tak rzadko występującymi na naszej planecie.Przede wszystkim przemierzając kraj miałam wrażenie, że każdy krajobraz jaki się przede mną roztacza jest dla malarza doskonały i gdybym umiała malować z pewnością zostałabym w NZ na zawsze malując każdego dnia.Póki co pozostał mi aparat fotograficzny, którym chciałam utrwalić piękne miejsca.Pierwotne lasy, bujne paprocie porastające wyspę w ogromnej liczbie (zdecydowanie można nazwać NZ krainą paproci), lodowce, gejzery, górskie szczyty, wulkany, piękne plaże z dziwnymi i jakże okazałymi formacjami skalnymi, ocean, stada owiec pasące na zielonych wzgórzach w liczbie 40 mln (w całej NZ), zielone wzgórza o kilku barwach zieleni, wioski, miasteczka i w końcu miasta z prawdziwą królową Queenstown z widokami zapierającymi dech w piersiach i atrakcjami mogącymi zakończyć się palpitacją serca. W końcu wodospady jak z bajki, jeziora o różnych odcieniach niebieskiego po genialny turkus, pola geotermalne, rzeki, górskie potoki i fiordy.

Odwiedziliśmy miejsca, w których kręcono słynny na cały świat film na podstawie powieści Tolkiena Lord of the Rings, a każde miejsce nadawało się na scenografię filmową.

Moim bohaterem z Nowej Zelandii została Lida. Była to kobieta 75 letnia zarażona pasją podróżowania lata temu. Podobno jak mawiał Ryszard Kapuściński mistrz reportażu ludzie nie ruszający się z miejsca żyją długo, a ci zwariowani podróżnicy krótko. A wszystko dlatego, że trudy podróżowania są ogromne. Dla Lidy podróż była czymś w rodzaju fascynacji, pewnego niepokoju, a nawet przymusu. Życie jej kręciło się wokół podróży. Wymyślała miejsca do których chciała pojechać, a potem skrzętnie realizowała plan. Miejsca znała już na pamięć zanim do nich dotarła, wiedziała dokładnie z której strony i jak ma sfotografować na przykład  górę Cooka będąc tam na szlaku.Wyprawa kosztowała ją sporo wyrzeczeń. Z zawodu nauczycielka gry na fortepianie,klarnecie i saksofonie nie zarabiała dużo. By oszczędzać odmawiała sobie jedzenia. Często żyła samymi suchymi bułkami… Twierdziła, że nie jedząc może zaoszczędzić dużo pieniędzy na podróże, a jedzenie nie jest jej do niczego potrzebne. Patrzeliśmy na nią trochę z politowaniem.

Dla nas jedzenie było ważne i podróżując zazwyczaj poprzez kuchnię i wspólne biesiadowanie rozkoszujemy się atmosferą danego miejsca. Lida miała niesamowitą kondycję i pomimo ortezy na prawym kolanie i słabym odżywianiu chodziła szybko, nie męcząc się specjalnie. Ta historia jest smutna, ale równocześnie niesamowita.

A było to tak:

Cofnę się do dnia kiedy czekał nas piękny trekking szlakiem Tongariro. Jest to najpiękniejszy jednodniowy szlak alpejski NZ, a z powieści Tolkiena to szlak do krainy Mordoru – Góry Przeznaczenia. Naszą drużynę czeka przygoda, która zapadnie każdemu z nas na długie lata w pamięci.Wyruszamy skoro świt. Niestety pada i jest zimno. Pełni obaw dojeżdżamy na szlak.Początek nas zachwyca, piękne wrzosowiska, puste przestrzenie i w oddali góry. Szlak pięknie przygotowany, specjalnie zbudowane mostki wśród wrzosów, a przy przewyższeniach dobre gumowe zaczepy. Nie wszyscy jednak postanawiają zaryzykować. Można  przejść się 6 km w górę i potem cofnąć się do tego samego miejsca, albo zdecydować się przejść cały szlak 19.4 km. Po dwóch godzinach pada już  na dobre. Wieje zimny wiatr, nasze ubrania są zupełnie mokre.

Postanawiam wrócić wraz z kilkoma innymi uczestnikami naszej wyprawy. Pozostali idą dalej by udowodnić sobie, że są silni, To zdecydowanie są ludzie dużo chodzący po górach, dla których trudne warunki atmosferyczne nie są obce i stanowią pewnego rodzaju wyzwanie.

Przez myśl przechodzi mi pytanie co zrobi Lida? I już znam odpowiedź. Ona się nie podda. Ona da radę. Po to tu przyjechała, by przejść szlak Tongariro Crossing. Nie takie rzeczy w życiu robiła.

Niestety w takiej pogodzie każdemu może zdarzyć się wypadek. Wiatr, deszcz i przeszywające zimno nie pomagają w trekkingu. Lida idzie w górę pewnie i sprawnie i kiedy już myśli, że dała radę na prostej nagle przewraca się na twarz. Łamie nos i z wielką raną na twarzy schodzi jeszcze kolejne 9 km na sam dół. Nie ma wyjścia musi zejść.  Pada deszcz i wieje paskudny wiatr, a z jej nosa równie jak deszcz leje się krew. Pomaga jej silna, energiczna dziewczyna, która bardzo mocno przeżyje tę historię. Na dole nieświadomi niczego czekają pierwsi zdobywcy szlaku. Kiedy w końcu dociera tam  ranna organizują szybką pomoc. Po opatrzeniu w jednym z lokalnych szpitali Lida przyjeżdża do motelu.

I tak oto ja wchodzę do gry. Mam za zadanie dowiezienie Lidy do stolicy NZ  Wellington i załatwienie jej operacji nosa u chirurga plastycznego. Jest godzina 21. Do stolicy mamy 3 h drogi.Wsiadamy w taksówkę i jedziemy w nieznane. Co nas tam czeka? Myślę sobie pełna doświadczeń raczej złych z polskiej izby przyjęć. Lida opowiada całą drogę swoją historię, jakby wypadek, ból, ani zmęczenie nie istniało. Przyjeżdżamy do szpitala o północy. Izba przyjęć raczej niewiele się różni od naszej. Pełno ludzi oczekujących na lekarza. My również czekamy i doczekamy się lekarza dopiero około 4 nad ranem.Po badaniu pędzę do hotelu by położyć się choć na chwilę. Do szpitala ponownie przyjadę o 7 30 I tu rozpocznie się kombinowanie jak załatwić Lidzie szybko operację by mogła z nami pojechać dalej w trasę. Ku rozpaczy Lidy będzie to niemożliwe by operację zakończyć przed godziną 13 bowiem o 14 godzinie mamy prom na Wyspę Południową. Moja podróżniczka wpada w  histerię wpatrując się we mnie swoimi przerażonymi oczyma. Zapewnia mnie, że ona da rade wszystko przetrzymać i że musi zobaczyć Górę Cooka, musi zobaczyć lodowce i musi zobaczyć Fiord Millsound. Po to tu przyjechała. W jej oczach widzę niepokój i ogromy smutek i żal.

Zdaję sobie sprawę, jak wiele  i równocześnie niewiele  zależy ode mnie. Co uda mi się załatwić w rozmowach z lekarzami? Czy przekonam NZ lekarzy by teraz natychmiast operowali pacjentkę pomijając inne ważne powinności w imię potrzeby podróżniczej starszej pani?
Raczej to niemożliwe. Lecz nagle karty same się układają. Każda kolejna rozmowa z personelem szpitala dodaje nową informację do moich puzzli.  Najpierw dowiaduję się o procedurach takich operacji od znajomego lekarza w Polsce. Potem zagaduję jedną miłą pielęgniarkę, która podpowiada mi z kim powinnam rozmawiać. W międzyczasie sprawdzam połączenia lotnicze z Wellington i już wiem, że jedyne rozwiązanie to przelot jutro rano. Teraz zostaje mi przekonanie lekarzy, żeby operowali jeszcze dzisiaj. Nie jest to łatwe zadanie. Za każdym razem kiedy ktoś przychodzi opowiadam jak bardzo moja starsza przyjaciółka jest przerażona. I jak ważne jest, żeby doleciała do naszej grupy jutro rano. Nie wiem jak, ale w końcu miły doktor daje mi nadzieję. Jest obietnica, że się postarają i dadzą mi znać.

Zostawiam Lidę o 12 i jadę na prom. Czeka nas fantastyczna przeprawa z wyspy północnej na południową. Jak dobrze, że mnie nie ma już w szpitalu. Ze swoimi emocjami Lida musi poradzić sobie sama. Oczyma wyobraźni widzę  ją błagającą na migi wszystkich wokół by się nią zajęli.
Cały dzień cisza. Płyniemy kilka godzin promem i czekamy na telefon ze szpitala. Dopiero wieczorem dostajemy informację od lekarzy. Operowali ją dopiero o 18 00 Operacja się udała. Można kupować bilet.I kupujemy bilet lotniczy na godzinę 8 rano (ostatnie miejsce w samolocie na jedyny lot tego dnia)

Nie mogę uwierzyć kiedy Lida jest już z nami.  O zaistniałej sytuacji przypomina nam jej wielki opatrunek na nosie. Samopoczucie i chęć zwiedzania u Lidy jest takie samo jak było. Zastanawiamy się skąd bierze siłę na kolejne trekkingi.

W końcu przychodzi refleksja, że Lida jest  zarażona podróżą, to jest choroba w gruncie rzeczy nieuleczalna jak mawiał mój guru Ryszard Kapuściński.W mojej refleksji przychodzi mi na myśl nowe pojęcie podróżoholik i myślę, że wiele się nie mylę bo Lida jest przykładem właśnie takiego podróżoholika. No i wcale nie znalazłam się tam przypadkiem….

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s